Moja Wyprawa

Na czarnym lądzie - Tanzania i Zanzibar - 15.12.08 - 15.01.09

Wielu rzeczy z przygotowań nie pamiętam. Pamiętam, że było nerwowo. Zakup aparatu (koniecznie lustrzanki), torby, szczepienia (rekomendowana lista miała prawie pół strony, zrobić wszystkie? Które wybrać?). Nawet kupno biletów było na wariackich papierach. Po tym jak już zadowoleni ze znalezienia dla nas obu dogodnego terminu, brutalna rzeczywistość - ceny biletów zamiast 500 kosztują 1000 funtów (w obie strony). Szybki rekonesans – Kenia Airways – niecałe 500, przesiadka – Katar (gdzie dokładnie jest Katar?). Ok. Ahmed – zamawiaj.

Z Ahmedem poznaliśmy się podczas pobytu w Anglii. W najgorszej z możliwych prac – w chłodni, moja pierwsza „fucha” po przylocie. I pierwszy „normalny” człowiek jakiego spotkałem. Co z tego ze muzułmanin? Okazało się że był mistrzem ping-ponga w swoim kraju – Tanzanii. Ale żyć się z tego tam nie da więc po przyjeździe na turniej na wyspy „uciekł” – a raczej nie wrócił. Z obawy zmienił nawet nazwisko. Po pół roku z ulgą rozstałem się z Anglią, ale z Ahmedem (wtedy jeszcze Omarem – jego angielskie imię, długo bał się zdradzić prawdziwe) obiecaliśmy utrzymywać kontakt, i wybrać się razem do Tanzanii. Słowa dotrzymaliśmy.

Jakiś miesiąc przed wyjazdem odebrałem maila od Ahmeda w pracy – „Zostały dwa ostatnie miejsca w Kenia Airways za 500 funtów. Potrzebuje Twojego nazwiska, PILNE!” Po odpisaniu, czytam kolejną wiadomość: „Nie mogłem czekać, zabukowałem, nazywasz się Lis tak? Sebastian Lis? Wydawało mi się, że się tak kiedyś podpisałeś…”

Kolejny konieczny krok to wizyta w sanepidzie. Lekarze najchętniej zaszczepili by mnie i na japońskie zapalenie mózgu, a gdy rozmowa zeszła na temat malarii, (szczepionki nie ma) czułem się już jedną nogą w grobie. I jeszcze koniecznie „te” („Te, nie inne”… a nad jego głową wisiał ładny kalendarz z logiem „Tych”) tabletki przeciw malarii, za bagatela jakieś 500 zł. Wydatek na 30 dni. „Te” są bezpieczne, tamte – samo zło. Wziąłem te inne. Żyje, nawet nie spaliłem się przez nie słońcem, mimo ostrzeżeń, które wszędzie wypisywano.

Szczepionka na żółtą febrę (wymagana, nikt nie sprawdzał), i jeszcze WZW B, tężec, dla świętego spokoju. Zalecaną wściekliznę za 200zł ominąłem („a gdzie będzie tam pan chodził..?”). W zasadzie mogłem się spakować do jednego plecaczka, ale „przecież nie będę z tym i tak chodził” (choć zdarzyło się), zapakowałem dwa. W Krakowie nerwówka, samolot opóźniony 2 godziny. Liczę czas… wydaje się, że mam zapas…

Nad londyńskim Gatwick telefon od Ahmeda: „Gdzie jesteś? Samolot odlatuje za półtorej godziny, za godzinę zamykają bramki”, „Jestem w Londynie”. Ale Gatwick to nie Heathrow. Pani za ladą linii busów National Express: „There’s no way to catch this plane”.

Opłata za taksówkę: 80 funtów. Normalny czas podróży 1h. Mamy 45 minut. „I’ll do what I can”. Muzułmanin w drodze wyjaśnia mi powrót Mohameda do Mekki. Słucham piąte przez dziesiąte patrząc to w lusterko z jego twarzą, to na prędkościomierz. Mijamy inne auta na najszybszym pasie. Pyta mnie w drodze:

„Czy masz plan B”? „Nie ma planu B”.

Ostatnie metry, wyskakuje w korku i biegnę do terminala. Jest tylko Ahmed i dwie panie za ladą. „It’s about time!” Zziajany nie mogę wyksztusić słowa.

Podczas podróży trochę gapiłem się w okno, trochę spałem. Pamiętam start o świcie z Kataru, wcześnie rano prażyło słońce, odbijało się od morza, a wszędzie poza nim niekończące się piaski i sztucznie usypane wyspy o dziwnych kształtach. Jedna muzułmanka flituje niewinnie z Ahmedem, rozmawiają po arabsku, kiedy ten odchodzi odsłania twarz i pozwala sobie zrobić zdjęcie. Jest urocze, ale koleżanka je kasuje. Mąż jest zazdrosny i byłby bardzo niezadowolony. W końcu w oddali widać piękne wyspy, podobno gdzieś z drugiej strony w oddali Kilimandżaro.

W samolocie otwierają się drzwi, para bucha z klimatyzacji jak na statku kosmicznym. „W rękawie” czuje fale afrykańskiego żaru. Ale nie pali tak jak w opisach u Kapuścińskiego. Jeszcze jakiś druczek, kolejka niespiesznie obsługiwana przez jakoś niepoważnie wyglądających żołnierzy i spotkanie z rodziną. Jako białemu nawet nie sprawdzano mi bagażu. Takie przywileje zdarzają się tu częściej.

Dar es Salaam wydaje mi się miastem, po pierwsze całkowicie „czarnym”, po drugie mam wrażenie że przyjeżdżając sam zginąłbym (dosłownie lub w przenośni) za pierwszym lepszym rogiem. Rój ludzi, chaos, nędza. Krótko mówiąc w tłumaczeniu „Miasto pokoju”. Dostaje pokój hotelowy za 10 funtów.

„Nie wychodź po zmroku, szczególnie z aparatem”.

W hotelu próbuje coś notować. Tak na prawdę to leże półnagi na łóżku i próbuje nie wyparować. Nade mną świszczy wiatrak, falując moskitierą. Przypomina mi się „Helikopter w ogniu”. Pocę się jak mysz ale zamykam okna (malaria!). Później zauważam że nie widziałem jeszcze ani jednego komara. Mówią mi że w mieście mieszkania zostały czymś spryskane i komary wytępione. Odtąd śpię przy otwartym.

W Tanzanii nie istnieje prawo równe dla wszystkich (jeśli gdzieś istnieje). Przekonał mnie o tym Nordeen, bogacz, biznesmen, właściciel tamtejszej fabryki. Najpierw jechaliśmy przez dłuższy czas dla zabawy nieodpowiednim pasem, a samochody musiały skręcać i nas wymijać. Później miał stłuczkę na parkingu swym olbrzymim autem. Przeprosił poszkodowany.

W Dar oglądam panoramę z balkonu. Raz wydaje mi się, że w końcu z daleka widzę białego. Niestety, okazało się że to azjata (w przeciągu tygodnia spotkanych przeze mnie białych mogę policzyć na palcach jednej ręki). Robotnicy z balkonu naprzeciwko, chętnie pozują do zdjęć. Pokazują na ulicę. Dwóch miejscowych facetów się bije. Przegrany po krótkiej chwili wraca z łopatą, reszta gapiów go powstrzymuje.

W niedzielę ulice są opustoszałe, nawet żebracy mają wolne, jest w końcu okazja do bezproblemowego robienia zdjęć. Jednego dnia byłem z Ahmedem przyglądać się oficjalnym zaślubinom muzułmańskim w meczecie. Wokół mnóstwo mężczyzn i samochodów, w meczecie tłum. Okazuje się że ani panny młodej ani innych kobiet nie ma tu wcale. W końcu przychodzi spóźniony pan młody, po ceremonii wchodzimy do meczetu, robimy zdjęcia i pozujemy do nich z panem młodym. Jego ojciec zaprasza nas na jutrzejszy obiad. Nazajutrz zjawiamy się w rezydencji, podobno jednego z najbogatszych ludzi w Dar es Salam. Wielka płachta rozłożona na podłodze a na niej wielkie ilości mięsa (wyglądało jakby jeszcze rano spokojnie pasło się na łące), owoców i innych frykasów. Wokół pełno ponoć ważnych osób. Po zmęczeniu pierwszej porcji mięsa, wciskana jest we mnie kolejna, tak jak i owoce. Jest ogólne jedno wielkie obżarstwo. Ja męczę się nieprzyzwyczajony do jedzenia rękoma (tam nikt nie używa sztućców). A w telewizji słyszę:

„Salam alejkum, a teraz sport”

Na promie płynącym na Zanzibar biali muszą wykupić pierwszą klasę, reszta tubylców może płynąc taniej rozkładając się rodzinami na pokładzie. Do tego dochodzi masa różnego rodzaju bagaży, piskląt w klatkach itp. Po dopłynięciu czeka nas zgraja chętnych do pomocy tragarzy itp. Zresztą takich życzliwych pomagaczy nie brakuje na ulicach, tylko czekają by wypatrzyć zbłąkanego (lub nie) turystę. Ale generalnie nie jest zbyt natarczywie i jest bezpiecznie, czego nie słyszałem o Dar es Salaam. Różnica w mentalności zdecydowanie na plus po stronie Zanzibarczyków, choć wszystko się niestety powoli zmienia. Zaczyna królować kapitalizm w życiu coraz młodszych, w pobliżu kurortów młodzi chłopcy próbują handlować czym się da i proszą o „one dolar” albo na „pen for school”. W reakcji na odmowę obrzucają stekiem włoskich przekleństw. W okolicach kurortów można często usłyszeć język włoski.

W Tanzanii nie ma problemu z dostępem do podstawowych jak i mniej niezbędnych towarów niemal wszędzie, a szczególnie w ruchliwych miejscach. Przechadzając się (w Dar es Salaam właściwsze byłoby przeciskając się w tłoku) jesteśmy jako muzungu – biały, bombardowani wprost ofertami kupna czegokolwiek. Natarczywość ofert zależy od konkretnego miejsca, ale tak czy siak można po jakimś czasie poczuć znużenie od odmawiania. Zresztą Tanzańczycy nie odmawiają, po prostu ignorują to co ich nie interesuje. Tak więc można bezproblemowo nabyć stojąc w korku (dość powszechne, Dar jest przeludnione) butelkę wody (zaplombowana oryginalnie przy zakrętce i rozkosznie lodowato zimna), przekąski, nie do końca oryginalne DVD z 50 filmami Schwarzeneggera i dosłownie wszystko co tyko da się sprzedać). Przy tym, obecność wielu ze sprzedawców (np. wody, orzeszków) można usłyszeć przed ich zobaczeniem, wydają dźwięki (np. cmokanie sprzedawców wody lub brzęczenie monetami sprzedawców orzeszków) charakterystyczne dla sprzedawców tylko tego produktu.

Siedząc w pokoju słyszę z okna przybliżającą się muzykę (Tarab – połączenie muzyki tanzańskiej z arabskimi wpływami), wychodząc na zewnątrz okazuje się, że w domu obok jest wesele. Dowiaduje się o nim od dziewczyn siedzących na progu mojego domu, po krótkiej rozmowie wymieniamy się numerami telefonów. Jestem ciekaw muzułmańskiego wesela, a przecież nie pójdę na nie sam. Umawiamy się że spotkam się z nimi na miejscu. Później już po powrocie do Dar usłyszałem wersję jaką opowiedział krawiec, który nas obserwował z ukrycia a opowiedział Ahmedowi. Okazało się że tamten był oburzony, twierdził że jestem rozpustny i „niemal stracony” dla islamu i by tamten miał na mnie oko. A umawiałem się przecież z muzułmankami.

Na weselu nie spotkałem znajomych, obserwuje się za to długą wymianę przyśpiewek muzułmańskich pomiędzy chłopcami i dziewczętami. Dziewczęta nawet trochę tańczą (same), na końcu pojawia się młoda para i zasiada na przygotowanych dla nich „tronach” pozując do zdjęć. Jak się okazuje za kilka dni (w sylwestra zresztą), odbywa się finałowa część uroczystości weselnych, na którą już jestem oficjalnie zaproszony. Wielka, przystrojona jak do powitania nowego roku sala, mnóstwo gości. I znów powtarza się sytuacja – setka kobiet tańczy, mężczyźni tyko się przyglądają. Po północy tylko krótki komunikat: „Właśnie mamy nowy rok”, i tyle. A później obfita kolacja.


Sebastian Lis