Karibu Sana

A niech to! Jadę!
Wiem, nie mam za co.
Wiem, nie powinnam….
Co więc do cholery powinnam!?

Duszę się! Powietrza!
Mam wszystkiego dość. Marazm i monotonia zżerają mnie coraz boleśniej. Gniję za życia, w bezdusznej, cuchnącej codzienności. Znieczulica, hipokryzja…..jedno wielkie zakłamanie:
"Ca va?", "How are you?"
Doskonale wiem, że tyle ich to obchodzi, co śnieg z zeszłego roku.
Po guzik pytają. Obrzydliwość!!!!

Zdecydowałam się na to co pierwsze, co pod ręka, bez zbędnych, jakichkolwiek pytań. Będzie co będzie, martwić będę się później. "Jutro" na wszystko będzie czas - "dzisiaj" chce żyć, chce poczuć, chcę…
czuć się szczęśliwą. Za długo już, za dużo tego……

XXXXX

Pociąg do Montrealu, samolot do N.Y. Czekanie, pięć godzin: jedno wielkie nic. Jestem padnięta.
Ostatnie dwa tygodnie: MARATON. Walka z czasem, ze zmęczeniem, z przeciwnościami.
Ale już jest dobrze. JEST DOBRZE: plecak spakowany, wizy w paszporcie, malarie wczoraj połknęłam - co prawda z opóźnieniem, ale przecież nie rzucą się na mnie, ot tak na "dzień dobry" komary jedne.
Egzaminy też już "passe"….. wszystko już "passe".

Z braku laku rozwijam się botanicznie: Lobelia deckenii, Bearded lichen - pewnie się przyda, NAPEWNO!!! się przyda. Zdaje mi się, czy ostatnio zrobiłam się cyniczna……bardziej.

XXXXX

Za chwilę odlatujemy, tym razem do Amsterdamu. Osiem godzin, może pośpię jakieś….kilka?

XXXXX

Dupa! Nie śpię!
Kupiłam sobie tlen do picia - kolejna amerykańska rewelacja, rewelacyjnie pomagająca ducha podnieść (cyniczna……bardziej?)

XXXXX

Amsterdam: kolejne trzy godziny czekania; wyszłam z lotniska świeżego powietrza do płuc wrzucić. Wszystko tu takie znajome, inne, domowe…….
i stąd tak blisko.
Autobus i byłabym jeszcze dziś wieczorem.

XXXXX

Przespałam całe pięć godzin! - obok nie było nikogo. Do Etiopii chętnych brakuje. Wyglądam jak "idź stąd", ale czuję się dużo lepiej. Od jakiegoś czasu za oknem pustynie przeplatają łagodny pomarańcz z odcieniem cieplej żółci. Kojąca bezkresność…
Zostało 3:37 lotu, ponad 3 tys. kilometrów. Minęliśmy właśnie Saharę, przelatujemy nad Pustynia Libijska.

XXXXX

Addis Ababa.
Jak dobrze, że jednak zdecydowałam się zrobić przerwę. Kolejny samolot dopiero pojutrze i tylko chwila lotu.

W toalecie nawiązałam kontakt z Panią sprzątającą i mam już środek lokomocji na kolejne dwa dni. Brat, kuzyn, sąsiad (?) chętnie powozi mnie trochę….
tu i tam.
Ja chce do Omo Valley.
Muszę tylko dotrzeć na lotnisko przed południem.

XXXXX

Boże!!!!
Gorąco!!!! Palę się!!!! W środku się palę!!!!!

Jest pięknie i przerażająco!
Ci ludzie!! LUDZIE czy istoty człekopodobne??? Wysokie, długie, pomarszczone tyczki, nabuzowane energią, skupione na sobie, czasem z ciekawością ale i niepewnością zerkający w moją stronę. Jak gdyby wyrwani z letargu, zapomnieli się na moment……jakbym odciągneła ich swoją osobą z “ichniej” rzeczywistości, na ułamek sekundy. I tylko dzieci……zawstydzone na początku, szybko nabierające odwagi, dają się zatrzymać na dłużej. Dzieciaczki o wielkich krowich, głęboko brązowych oczach uciekajacy na chwilę od rzeczywistości.
Jakie one dorosłe! Jak szybko! Siedmio, osmiolatki z rodzeństwem na plecach, z powagą donoszące źródlaną wodę. Życie.
Zniewalają je kolorowe balony i soczyste jabłka….

Czuję……nie wiem co czuję: cieszę się, jestem wzruszona, że mogę im coś podarować, że uśmiechają się do mnie, zaczepiając mnie.
Ba! Że śmieją się ze mnie (!!!), szepcąc coś między sobą…….

Nie chcę aby ktokolwiek pomyślał, że jest dla mnie atrakcją turystyczną, którą można kupić za kawałek jabłka i czerwony balon……
Głupio mi. Płakać mi się chce! Nie łatwo być Matką Teresą.

XXXXX

Do Kili dotarłam bez problemów, samolot tu, samolot tam i jestem……31*C out side. F..k!

XXXXX

Jeszcze dobrze plecaka nie otworzyłam, a już znalazłam sobie kolegę. Ja to jestem szczęściarą!
Gdy tylko dotarłam do hotelu było już po dziesiatej wieczorem.
Podróż i emocje ostatnich dni dały znać o sobie. Zbyt zmęczona na sen, postanowiłam poszukać płynnej pomocy ukojenia i wyciszenia.
Wszystko niestety już zamknięte - taki niesezonowy sezon; ktoś zaproponował “soft drink” z baru……to jedyne co jeszcze można.
"Facet, ja "hard" potrzebuję, ”hard” jak nie wiem co!!!!!"
I przyniósł: dwa podwójne, niczym nieskażone whiskacze.
Siedziałam tak w ogrodzie, nie spiesząc się nigdzie, aż zjawił się Kolejny. Z pewną dozą niesmiałości wspomniał, że już późno i bar zamykaja. A On jest właśnie ten, co światła gasi,o ile generator sam nie wysiądzie……i do tego, to On tu gotuje, jest chefem i właśnie kończy i idzie spać - wszystko na bezdechu.
"Coś takiego", bo Ja jestem "chefowa" i właśnie do życia się budzę.
No, to przynieś jeszcze.”

Przegadaliśmy pół nocy, a jakie mamy plany na "jutro - dzisiaj"!!!!
Pokaże mi co tylko chcę, zorganizuje masaż, fryzjera, krawca……i oczywiście będziemy wspólnie uczyć się gotować. On mnie - ja Jego.
Kwiatka na dobranoc dostałam i świeczkę do ręki (generator jednak nie dotrzymał).

W łóżku wylądowałam o czwartej, zasnęłam od razu. Nie pamiętam już kiedy ostatnio spałam tak dobrze……spokojnego snem zasłużonym……

XXXXX

Kolega zameldował się powiedzieć "dzień dobry".

Muszę jakoś zorganizować kolejne trzy dni.

Zęby myłam kranówą!!!!!!
Prysznic zimny, bezciśnieniowy - bez klapek!!!!!!
Gdzie ja mam głowę!!!!!
Bakteria, bakteria, bakteria!!!!!

XXXXX

Już po drugim dniu safari.
Jadłam śniadanie, gdy ktoś podszedł i zapytał czy Ja jestem Ja, bo on jest On - kolega Kucharza i ma grupę jadącą do parków i mogę się dołączyć, ale później będę musiała się odłączyć, bo oni jada na pięc, a ja tylko mam trzy dni do dyspozycji. O rany!, ile wiadomości potrafią przekazać w jednym tylko zdaniu. Fenomen języka?!
"Sure! Już się zbieram."

Śniadania nie dokończyłam, bo grupa czekała……w jeepie przed hotelem.

Wczorajszy Lake - nie jestem pewna…., dzisiejszy Krater - cudo!!!!

Zgadnijcie kogo spotkałam????!!!!
Afryka jest ogromna, Polska daleko….A tu nagle, zupełnie niespodziewanie w stadzie zebr wyłania się……..No….? No…..?
Jegomość na czerwonych nóżkach !!!!
Teraz już wiem napewno, gdzie odlatują bociany!

Anglicy baaardzo British, z baaardzo kolonijnymi naleciałościami.
Sprawcy i Stwórcy, to im należy się Dziękczynienie i Chwała: za Dobroć, Litość i Sprawiedliwość……do Dnia Sądu Ostatecznego!!!!
Jest ich trójka, pracują w tutejszej szkole jako wolontariusze.
Biedne dzieci.
Jutro odłączam się od Nich - autobusem publicznym do Arushy.
Co dalej nie mam pojęcia.
Burza.

XXXXX

Namiot zamókł całkowicie, wiatr robił z nim co chciał. Dobrze, ze trwało to tylko chwilę (niecałe dwie godziny!, w porze deszczowej!).
Zamki przy oknach i drzwiach są porozrywane. Materac, na środku namiotu, dzieliłam z plecakiem, butami, butelkami wody i aparatem fotograficznym na brzuchu.

XXXXX

Nie mogłam spać - duszno. Wstałam, potwierałam co się dało - z butelczyną samolotowego wina włącznie.
Zasypiam, znowu burza…

XXXXX

Autobus przyjechał totalnie załadowany. Kolejny jeszcze gorzej. Tak "długo i daleko" nie można.
Więc co? Więc "stop", nie ma innej możliwości…

XXXXX

Wysadził mnie gdzieś, pokazałam mu plan miasta, by się jakoś terenowo określić, ale nie miał pojęcia jak go czytać - nie tylko on, okazało się.
Nie zostało nic innego, jak udawać, że absolutnie, DOSKONALE (!) wiem co robię i bardzo pewnym krokiem, z dozą białej arogancji iść na przód, zupełnie ignorując wszelkie zaczepki.
Bardzo mnie męczy ten rodzaj zabawy.

Takiej ilości kurzu nie widziałam już dawno, spaliny – Hawana.

Znalazł się w końcu jakiś "uprzejmy", kazał iść za sobą.
"Gdzieś mnie tam podprowadzi, a dalej to już prosto….."

Do hotelu dotarłam po dwóch godzinach. Wpadłam w opakowaniu do lóżka - pieć,sześć godzin snu.

XXXXX

Doprowadziłam się do porządku, pod zimnym, cieknącym "prysznicem".
Odnalazłam Kucharza, przyprowadził krawcową - zmierzyła co należy.
Przyszedł przewodnik - Joshua (jak milo na niego patrzeć i mówi bardzo do rzeczy).
Pierwsze co usłyszałam to : "jeść będziemy razem, zupełnie NIEtowarzysko - będę Cię pilnował: musisz jeść, a przez to i plecaki będą lżejsze".
Już mi się podoba. Bardzo.

XXXXX

Wody nie będzie przez dobry tydzień. Postanowiłam zrobić włosy.

Tu można wszystko zrobić, wystarczy tylko powiedzieć i mieć kolegę Kucharza. Po niecałych dwudziestu minutach zjawił się "umyślny", powiedział, że już wie i zawiezie mnie gdzie trzeba.
Wsiadłam, zawiózł.
Zawiózł w miejsce, do którego turyści raczej nie docierają. Tutejsze, bardzo realne, codzienne życie: przerazliwie biedne, zlepione,
poskładane z czego się da.
To ja tu nie pasowałam, ja byłam parodią, groteską.

Po uzgodnieniu ceny, trzy godziny siedzenia. W między czasie przewinął się tabun ludzi, dzieciaczki wylądowały na moich kolanach, dziewczyny śpiewały, śmiejąc się skręcały mi włosy…..

Wróciłam okolo dziewiatej.
Vijayowi powiedziałam, że z głodu umieram i ma coś z tym zrobić. Zabrał mnie na kolację do kolegi. Byla prze-py-szna!!!!
Lokalna, zupełnie nieturystyczna indyjska knajpka. Kucharz, kolega Kucharza – młody (24), piękny Hindus. Adonisa archetyp rzekłabym. Bardzo miły i nieśmiały, bardzo grzeczny i niepewny siebie.
Takie jeszcze "nienaruszone zjawisko",hmm…. i do tego jak gotuje!!!!

Po kolacji dyskusje przy trunkach. Vijay bardzo dba o mnie, jako gospodarz - jestem jego gościem i jako mężczyzną - opiekuje się mną. Jest u siebie i jest silniejszy. To bardzo ważne dla nich. W ich kulturze kobietą należy się wsparcie i ochrona. Każdy ma swoją role i miejsce wyznaczone już przed wiekami. Dlatego mężczyźni są tacy męscy a kobiety kobiecością przesiąknięte na wskroś.
Bardzo mi się to podoba (JA o emancypacje nie walczylam!) i pozwalm mu na tę patrichialność, przy okazji świetnie się bawiąc.
Nowe plany na mój powrót.
Szampan obowiązkowy, bo głupio zażartowałam, a On wziął sobie to do serca - przynajmniej wczoraj tak to wyglądało…..

XXXXX

Małżeństwo jest młode. W siódma rocznicę ślubu postanowili wejść na jeden z siedmiu szczytów kontynentów. Wyglądają bardzo przyjaźnie.

XXXXX

Jesteśmy już w komplecie, ich czternastu i my: we trojkę. Czternastu i trójka, TRÓJKA I CZTERNASTU. Oniemialam.
Jazdy na całe przedpołudnie, szlak mamy zacząć okolo 2-ej, wyruszyliśmy o 7.30 rano.

"This house is protected by the blood of Jesus" na oknie autobusu…..

Jego 107 raz w ciągu 11 lat wchodzenia;
Jestem Muzungu.

XXXXX

Niecłe 70 km w trzy godziny. Droga w…. rozbudowie?, przebudowie?……budowie?!, pełna czerwonego, "wszędobylskiego" kurzu i wybojów. Po prostu ubity kawałek ziemi czasem trochę szerszy,
czasem trochę "głębszy".

Kazał nam pić, dużo pić, w związku z czym duuużo się nazbierało. Myślałam, że mnie rozsadzi. W momencie kiedy ruszyliśmy już wiedziałam, że będzie bolało, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak.

XXXXX

Zaczęliśmy po czternastej, skończyliśmy przed osiemnastą.

Cudownie dobrze…….nie pamiętam kiedy czułam tak ostatnio.
Pięknie…….cudownie pięknie. Iglasty las poprzeplatany posadzoną w nim kukurydzą, a w kukurydzy lepianki - domostwa.
Żywa, syta zieleń w duecie z tonacjami brązu.
Cisza, spokój, popołudniowe słońce i tylko nasza piątka, nie spiesząca się nigdzie….nic nie musząca…..

XXXXX

Pierwszy obóz.

Już nie mogę : Jeść, Jeść, Jeść!!!

Na spacer sama iść nie powinnam, bo…. Smok mnie zje!!! - apokalipsa w/g Św.Joshua
Syndrom "matki pierworodnego"?

XXXXX

Długo, ale miło i przyjemnie dzień drugi nam minał. Prosto przed siebie, łagodnie wspinającą się ścieżką. Krajobraz zupełnie inny: złote krzewinki, grafitowo - srebnawe skałki, łagodniejsza zieleń…..
Boże jak wspaniale!!!!!

XXXXX

Małżeństwo mnie przeraża: ON z komputerem na ręku: wysokość, ciśnienie - OUT & IN, bicie serca, strefa pracy organizmu, oczywiście ilość kalorii, i do tego wyliczony pobór wody.
Cysterny: 7 litrów do południa!!!!; przy tym tak poprawnie ugrzecznieni ……..miło, aż skręca!

XXXXX

Głowa zaczyna mnie boleć – niedobrze.
Pole, pole!

XXXXX

Mycie lepsze niż w hotelu: dwa razy dziennie CIEPŁA woda w miseczce - półtora do dwóch litrów.

XXXXX

Tak szybko, jak pokryły nas chmury, tak szybko zrobiło się lodowato wilgotne i mlecznie. NIC, zupełnie nic nie widać, nawet z turbo doładowaną latarką…….
Wyszłam z namiotu i nagle znalazłam się w samym środku białej nieskończoności. Niesamowite uczucie. Tylko ja i chmury, tylko JA w chmurach!!!!

Ból głowy przeszedł, ale z nosa cieknie. To wysokość tak działa – 3700; jutro do 4300 na niecałych czterech kilometrach. Jeśli będziemy dobrzy zajmie nam to okło czterech godzin, jeśli nie - do sześciu. Za duży pion, za bardzo rozrzedzone powietrze.
W planach popołudniowy spacer aklimatyzacyjny, czyli dalej do góry. Na noc wracamy na padoły.

XXXXX

Bardzo interesująca kolacja……tysiące historii Kili: ludzie – przypadki. Jestem pod wrażeniem! Ile Josh wie, ile umie…..facet ma dokładnie pojęcie o tym co robi, stary wyjadacz…
Przy tym potrafi tak cudownie opowiadać, barwa jego głosu jest cicha i kojąca - mogłabym cudownie przy tym usypiać….

Kili to nie góra! Nie wejdę na Kili, tylko na najwyższy szczyt masywu o tej nazwie. Aby zdobyć Kili, należy wejść na: Uhuru, Mawenzi i Shirę.

XXXXX

Jak ja będę siusiać w tej lodowni?

XXXXX

Wraz z wysokością, prócz ciekłego nosa, bączki pojawiają się baaaardzo regularnie……z dużą częstotliwością.
Jak dobrze, że jestem sama w tej wylęgarni smoków. Co swoje, to swoje…..

XXXXX

Początek był OK, ale w pewnym momencie nie miałam siły NAWET powłóczyć nogami. Kręta, prawie wertykalna, z obsuwającymi się kamieniami droga zupełnie mnie wykończyła.
Złapal mnie ból głowy i straciłam czucie w dłoniach.
Zrobiliśmy przerwę. Pomogło.

XXXXX

Znowu dopadły nas mokre chmury z przeraźliwie zimnym wiatrem.
Od teraz wszędzie chodzę w czapce i rękawiczkach.

Piję tlen.

XXXXX

Kolacja. Spożywać należy! Zaczynam mieć odruchy wymiotne na widok jedzenia!!
Już NIE MAM GDZIE!!!!!
Nie jestem do cholery gesią tuczną! A moja przerośnięta, przeciążona wątroba nikomu na zdrowie nie wyjdzie!

XXXXX

Przerwa trzy i pól godzinna. Jeszcze nie było tak dobrze! Materac, śpiwór i pod skałki w objęcia Morfeusza!!!!!

Jak bosko spać nad chmurami, pod skałkami, w zupełnej ciszy……czy tak czuje noworodek?

XXXXX

Czym oni nas karmią??!! Mój biedny żołądek!

XXXXX

Hurrra! Mamy jeziorko i 2-3 godziny do wyjścia; temperatura wody taka jak być powinna.
Pływać: kocham.
Nago pływać: UBÓSTWIAM!!!

XXXXX

Aklimatyzacyjna wycieczka, do 4600. W górę, na luzie, bez obciażeń.
Jak zimno bez słońca…..

XXXXX

Super wspina, same skałki, przepiękne widoki.
Przed nami bezkresna równina z Kenią i Tanzanią, daleko, daleko na dole;
Majestatyczny, oblany śniegiem Mawenzi, pustynia powulkaniczna w Siodle, za nim Uhuru/Wolność.

Wolność….

Amerykanie sami sobie postawili zbudować wolność na ich "ziemi obiecanej" i obwieścić ją światu: dumną, wyniosłą Lady Liberty.
Na jej podobieństwo stworzyli potęge. Potęge czego?
Fluorescencyjnej damy, uosabiającej …..sen….MAJAK?
Niesamowite, że ludzie potrafią tak długo ŻYĆ w omamieniu, że tak tego pragną……. , że jeszcze ich tak wielu…..
W Tanzani, Kilimanjaro było od zawsze….naturalnie przyszło na świat, w miejscu wyznaczonym……
Ciekawe, jaka jest ta Wolność? Jak smakuje? Jaką cenę należy zapłacić by sie do niej zbliżyć?

Coś się stało. Coś bardzo dziwnego.
Porazłlo mnie, gdy podał mi rękę, by łatwiej było mi wstać.

XXXXX

Mark jest chory, tabletki nie pomagają, nic do niego nie dociera. Mówi, że to słońce - podobno zawsze ma z tym problemy. Mam mieszane uczucia. Przy stole nie był w stanie utrzymać otwartych oczu,
odpływał na maxa.

XXXXX

Jak zimno!!!! Wilgotno, wietrznie, lodowato!!!
Różnice temperatur są kolosalne: w dzień, w słońcu ponad 20*C, a gdy tylko zajdzie wszystko spada do 0*C.
Mam telepawkę.
Dwie pary skarpetek, cztery warstwy bielizny na dole plus grube, polarowe spodnie. Na górze dwie podkoszulki i dwa polary. Do tego, JA CAŁA "w polarowej wkładce", w bardzo ciepłym śpiworze, na grubym materacu, na specjalnym izolacyjnym aluminium…….trzęsę się jak galareta.
Dużo bym dala za jakieś cieple "body" obok……
Nie ma głupich, śpię w czapce i grubych rękawiczkach. Muszę tylko ryjek wystawić, przy tak rozrzedzonym powietrzu nie mogę zamknąć się w śpiworze.
Mam nadzieję, że nie będę musiała wstawać w nocy.

Skąd ta wichura - cały namiot tańczy, muszę powkładać wszystko do plecaków - tak na wszelki wypadek.

XXXXX

Jestem tak zmęczona, że nie zrobię NIC: nie umyję się, nie zamknę namiotu, nie dam znaku życia!
Do obiadu czterdzieści pięc minut. Leżeć i odpoczywać, tylko tyle chcę.

Mgła, że nie jestem w stanie zlokalizować namiotu obok.
Mgła - chmury znaczy, jak zwykle ociekające lodowatością.

Najgorszy dzień. W sumie łatwy i krótki, ale w większości trasy schodziliśmy po ślizgających, osuwających się kamieniach. Nie znoszę tego! Boję się o kolano. Jeśli coś się stanie - pozamiatane. A przecież będę potrzebowała je jeszcze przez kilka najbliższych dni.

Ręce, dłonie - kopalnia bródu, skarpetki cuchną niemożliwie.
Głowa boli od samego rana, nie mocno, ale cały czas.

XXXXX

W nocy przebudziłam się i nie mogłam ruszyć gałkami – oczy (!?) przeraźliwie bołaly.
Rano było lepiej……ciut lepiej.

XXXXX

Po obiedzie (jak dobrze!), mamy przerwę - wolne. Żadnej aklimatyzacji! Ponad cztery godziny dla siebie i kolacja i spać! Jutro musimy wyruszyć o szóstej. Przed południem powinnyśmy być w ostatniej bazie. Tam szybki obiad, odpoczynek, kolacja o osiemnastej i znowu spać…..
Na szczyt mamy zacząć wchodzić przed północą, później w zależności od nas, naszego stanu, może zejdziemy do krateru i wejdziemy na lodowiec.
Kibu jest czynnym wulkanem.

Oj! Jak tu naturalnie człowieczo…….wiem jak mnie czuć!

XXXXX

Po kąpieli w miseczce i balsamach, zupełnie tu zresztą nie pasujących, czuje się dobrze i świeżo, co nie zmienia faktu, że zostałam profanem. Obmytą będąc niesmak wywołuję. Wszyscy się oglądają w zgorszeniu, gdy przechodząc zapach delikatnej perfumy rozsiewam……bardzo niestosownie.
Ja się tylko umyłam!!

XXXXX

Josh znowu opowiada. Niesamowite co tu się zdarza. Co człowiek, to historia.
Mogłabym go słuchać i słuchać……

XXXXX

Wzięłam Visolvit z Polski, taki orężadkowy smak, w tutejszej oczyszczonej wodzie to prawdziwy rarytas, jedyny luksus na jaki mogę sobie pozwolić.

Z amerykańskiej grupy (5 osób), z którą zaczynaliśmy tylko 3 osoby jako tako dotarły pod szczyt. Rozdzieliliśmy się już pierwszego dnia - oni poszli inna, krótszą drogą.

XXXXX

Jesteśmy w Amsterdamie. To taki "lepsiejszy" obóz, w którym schodzą się "scieżki". Ostatni przed Basic Camp. Do tej pory nasza trasa odbiegała od utartych turystycznych szlaków. Byliśmy tylko my i przyroda. Było cudownie.
Dla uczczenia Amsterdamu, małżeństwo kupiło Coca - Colę na kolacje.

"Marc! MY jesteśmy CYWILIZOWANI." - powiedziała Ella, gdy ten chciał pić z butelki.

Było tak pięknie, zapomniałam o wszystkim……., było tak dobrze! DOBRZE!!!!!!!!!! bez tej cywilizacji!!!!
Doznałam szoku, zatkało mnie zupełnie, nie miałam pojęcia jak się zachować…..

Cywilizacja,cywilizowani…… obłuda, kłamstwa, fałsz……. człowiek człowiekowi wilkiem! Chipsy, coca-cola i duży ekran. Kompletna pustka i bezmózgowie; wszystko płytkie i bez znaczenia, bez jakichkolwiek wartości.
Ja nie chcę być cywilizowana!!!! To najgorsza obelga jaką mogę usłyszeć!!!!
Nienawidzę tego słowa, tego świata! Nie chcę w nim żyć!!!
Ja chcę do ludzi, do LUDZI!

XXXXX

Pierwsza cześć szlaku cudownie piękna, nierealna wręcz. Pogoda nam dopisuje, mamy szczęście. Leciutki wiaterek, my nad chmurami sobie łazikujemy…..
Docieramy do krateru polodowcowego: zimny, niegościnny ale bardzo intrygujacy: perfekcyjny kształt leja, potężny, dominujący surowością.
Król o lodowatym sercu.

Wczesny obiad i do ostatniego obozu.

XXXXX

Tylko trzy kwadranse, ale w pionie prawie. Wszystko było tak blisko i tak daleko. Widziałam antenę budki strażniczej przed sobą i brakowało mi sił by tam dojść.
Nie wiedziałam czy lepiej patrzeć w dół pod nogi, czy w górę na złudnie zbliżający się jej wierzcholek. Drobiłam tip-topy, pod koniec stawaliśmy co dwa - trzy metry, by złapać powietrze i nazbierać sił….
Próbowałam oddech dopasować do rytmu powłóczenia. Guzik.
Ja i ciało moje to nie jedność.

XXXXX

Zadziwiająco szybko doszłam do siebie. Wpisałam się do księgi desperatów i szaleńców. Wytargowałam koszulki dla taty, wypiłam herbatę, wpełzłam do namiotu i bezskutecznie próbuje oczy przymknąć.

XXXXX

Jak strasznie mam spuchnięte nogi. Nie mogę ich dotknąć, tak bolą – palą: uda i łydki.
Kocham moje stopy, do tej pory spisują się fenomenalnie wręcz!
Znowu pije tlen.

XXXXX

Nie mogę spać. Nic a nic. Niedobrze. Bardzo niedobrze.
Głowa boli – źle.
Kolano wysiada. CHOLERA!!!!

XXXXX

Ostatnia wieczerza: spaghetti i świeże (!!!!) ananasy.
Josh jest spięty, zmienił się zupełnie. Australijczycy wyglądają na bardzo zmęczonych i poddenerwowanych. Ella ma totalną trzęsawkę.
Jak wyglądam Ja?

XXXXX

OK, teraz pakowanie i w spiwór!

Znowu nie mogę zasnąć, może to ten tlen? Leżę walając się z boku na bok i zastanawiam która to godzina. Muszę spać! Muszę!!!!
Na dole burza, aż jasno tu od błyskawic. Grzmoty się prześcigają. Wyszłam popatrzeć.
Bardzo dziwne wrażenie. Nas to nie dosięga, my jesteśmy ponad tym. Ta burza jest na dole, tam u ludzi, w ich miastach, w ich domach, w ich życiu…..
Nie w naszym tutaj……my jesteśmy nad tymi chmurami.

XXXXX

Gdy tylko wstaję głowa mi pęka, kolano dalej boli, chyba będę musiała powiedzieć o tym Joshowi; może coś weznę.

XXXXX

Grad!!! 1:50 do wymarszu;

XXXXX

Już nie nad, już w samym środku burzy……tylko tyle że śnieżnej. Zostala: godzina dwadzieścia.

XXXXX

Zasypało nas. Cali jesteśmy pod śniegiem. Podobno to dobrze, bo będzie ciepło……cieplej.
Wszystko zgodnie z planem. Wyruszamy o północy.

XXXXX

Od samego początku było źle. Po przejściu kilkuset metrów zaczęło mi brakować powietrza. Oddech miałam bardzo szybki i płytki. Gdy próbowałam dotlenić się głębiej, chwytał mnie przeraźliwy ból w okolicy serca. Lewa ręka stała się zupełnie bezwolnie zwisającym kikutem, bez jakiegokolwiek czucia. Jeszcze nigdy moje własne ciało tak mnie nie wystraszyło. Nie miałam pojęcia co robić. Bałam się zrobić cokolwiek. Nagle poczułam, że prawa cześć twarzy jest jakby kompletnie sparaliżowana. Josh dał mi jakaś tabletkę, powiedział, że po pół godzinie powinna zadziałać. OK, dam sobie jeszcze pół godziny.
Josh zimny, analityczny, bezdyskusyjny i bezkompromisowy w sytuacji podbramkowej. Bardzo mi imponuje. Zobaczyłam go teraz w zupełnie innym świetle. Podejmującego decyzje natychmiastowo, bez jakichkolwiek wahań.
Pomogło, bardzo pomogło.

Do czwarej szliśmy w górę bez żadnych problemów, po przyjaznym śniegu, ciepłą nocą. Ella na początku wymiotowała, ale teraz dzielnie się trzyma. Zuch dziewczyna!

Noc. Jak inaczej się wspina: ciekawie i tajemniczo, jakaś aura magi otacza cie dookoła. Idziesz sama ze sobą, ze swoimi myślami, planami, wyobrażeniami….w niczym niezmąconej ciszy.
Słyszysz tylko śnieg pod stopami i swój własny oddech……Cudownie bajecznie!

Dopadło mnie zmęczenie, nieodparta chęć snu……I znowu Josh….Jego głos, historie, śpiewy….szłam zaraz za nim, krok za krokiem. Krok w krok.

Słońce zaczęło się budzić, witając nas przepięknym pomarańczem.
Najpiękniejszy wschód slońca, jaki kiedykolwiek widziałam!
Na chwilę odzyskałam siły….. na chwilę.
Gdy było już jasno na tyle, że mogłam dość dokładnie rozejrzeć się dookoła, zamarłam z przerażenia.
Ściana po której wspinaliśmy się, okazała się tak stroma, że nie wiedziałam, czy śmiać się - bo już tyle za mną, czy płakać…….wiedząc co jeszcze mnie czeka.
Palce zaczęły mi zamarzać w zupełnie nieprzygotowanych na takie eskapady butach. Czułam że….zupełnie nic nie czułam…….Nie byłam w stanie zrobić ani kroku. Tak totalnie, fizycznie wykończona nie byłam jeszcze w życiu. Kilka szurnięć nogami, odcinek może 4 -5 metrów i postój, bo oddech, bo sił trzeba nazbierać na następne coś, cokolwiek….
Każdy ruch kosztował energię życia.
Wszystko co robiłam było wymierzone przeciwko mnie samej: fizycznie i psychicznie. Siła i wola - jedno wielkie NIE. Straciłam panowanie nad nogami. Stałam, patrzyłam na nie i prosiłam,
próbowałam przekonać je mówiąc: teraz cie przeniosę, powoli, delikatnie, tylko troszeczkę….ciut jedną i ciut drugą…..
a w nagrodę stanę tam, na zakręcie i dam wam odpocząć. Przyrzekam!!!
NIC. Nogi stoją: ciężkie i zlodowaciałe, obojętne na wszystko. Głowa też już mówi NIE, zwłaszcza po tym co widzą oczy. Oddech jak gdyby na złość, nie chce się wyrównać, nie chce być głębszy i spokojniejszy. Wszystko ciągnie w dół: usiądź, tylko na chwilę. Zamknij oczy na sekundę i później będzie lepiej. Tylko na sekundę, no może kilka…..
Najgorsze, w tym wszystkim to walka ze złudą. Z tym, że czujesz, wiesz napewno, że to jedyna rzecz której teraz potrzebujesz: tylko te sekundy, tylko tyle i aż tyle.
Nic więcej: usiąść i zamknąć oczy……zamknąć oczy……
Na szczęście, nie mam żadnych objawów choroby wysokościowej.
Na szczęście, Josh jest ze mną. Jest przy mnie.
Na szczęście zdaje sobie sprawę, że to jest właśnie to co zabija….hmm….usypia na wieczność.
Na szczęście….. Josh pokazuje mi Stella Point - tylko (!) ze 100 metrów …….w górę……… w góóóóóęęęęę!!!!

Wszystko było surrealistyczną abstrakcją. Żadne z regul logicznego myslenia nie miały odbicia w tej rzeczywistości. Jedno wielkie zaprzeczenie ogólnie przyjętych norn i definicji.
Daleko - blisko, wysoko - nisko. Bardzo przekrzywione zwierciadło. Absurdalny, makabryczny żart.

W pewnym momencie Josh próbował chwycić mnie za rękę i wciągnąć. Nie pozwoliłam mu na to.
"Josh, ja to zrobię, ja tam dojdę. Potrzebuję tylko czasu.
Daj mi złapać oddech i pójdę. Sama pójdę".
Puszcza mnie i tylko słyszę zza siebie: "Push Ania, push. Jeszcze trochę, z każdym krokiem, nawet najmniejszym, jesteś bliżej.
To pomaga: jestem bliżej!

W jakiś sposób dostaje się tam. W jakiś sposób sama. Nikt mnie nie wniósł.
SAMA przeciwko sobie samej.
Bez Niego….nie jestem pewna czy zrobiłabym to. Może.
Pewnie też wiecej czasu by mi to zabrało, o ile nie zasnęłabym na ………sekundę, gdzieś na ścianie śniegu.
Chyba nawet, w jakimś momencie to On podjął za mnie decyzję, że tam dotrę. Josh.

Na Stella Point, gdy dochodzimy jest już w pełni dzień: siódma rano.
Przerwa dwudziesto minutowa, na ciepłą herbatę, zebranie sił.
Czeka nas ostatni odcinek. Zupełnie nietrudny, biorąc pod uwagę drogę, ale wycieńczenie organizmu jest tak ogromne, że wszystko wydaje się niemożliwą do pokonania nieskończonością.
Ale ja już wiem, że tam będę. Czuję to w sobie. Choćby nie wiem co: BĘDĘ tam!

Josh zmusza mnie bym zjadła coś słodkiego. Gryzę Marsa i przełknąć nie mogę. Nic nie przechodzi mi przez gardlo. Nawet picie sprawia ogromną trudność.
Siedzę i trzymam kubek z herbatą. Trzymam, dlatego tylko że gorący, że rozgrzewa…….

I cud. CUD. Po dziesięciu minutach czuję się tak wypoczęta, tak pełna energii, że ta całonocna, żałośnie zakończona wspinaczka wydaje się kiepskim dowcipem.
Wstaję i obwieszczam: "Idziemy chłopaki! No już! Ruszaicie się, nie TU przyszliśmy piknikować. Allez, allez! Pole, pole!"
Josh stanowczo mówi NIE, jeszcze nie. Ja obstaję przy swoim, czuję, że rozpiera mnie, chce iść, dalej iść!
Jego "nie" jest bezdyskusyjne. WIEM TO. Nawet nie próbuję podejmowac tematu.
Pomimo zmęczenia, którego nie chce pokazac, cały emanuje ogromem słly i pewnoscią siebie.

Pierwsze sto metrów - niedzielna przechadzka. I nagle, zupełnie niespodziewanie, w ciągu zaledwie kilku sekund ogarnia mnie potworne wyczerpanie.
On wiedział, po prostu wiedział, że tak będzie.

Skąd u mnie tyle sily woli, odwrotnie wprost proporcjonalnej do stanu fizycznego. Psychicznie już tam jestem. Juz widzę ten punkt, to tylko kwestia czasu.
Jeszcze tylko troche ponad kilometr, 143m w góre………… może ze dwie godziny…..

I jestem. 8:55 docieram, a im bliżej dochodzę, tym szybsze i pewniejsze sa moje kroki.

XXXXX

Nie ma nikogo poza nami. Mamy cały szczyt dla siebie, tylko dla siebie!!!!
Jesli istnieje raj, musi byc gdzieś blisko.
Jest bosko!!!! Cudownie pięknie i spokojnie!
Najlepsza pogoda jaką można sobie wymarzyć: słońce, bezwietrzność, nowy, świeży śnieg i niczym nie zmącona widoczność.
Jestem w Domu Boga, na bardzo specjalnej, prywatnej audiencji.
Nie chce stąd iść, chcę zostać jak najdłużej.
Jezu jak to wciąga……, chcę nakarmić wygłodzone, nienasycone oczy, napoić umysł. Zapamiętać ten moment. Zarejestrować, tak by w każdej chwili móc do niego wrócić i poczuć jeszcze raz tę bezkresną, bezwarunkową krainie szczęśliwości.
Boże jak mi dobrze! Jak dobrze!!!!!

"To nie "Boże", to brak tlenu" - Josh szybko sprowadza mnie do rzeczywistości -
Masz jeszcze dziesieć minut i schodzimy. Po pierwsze to niebezpieczne, po drugie musimy jeszcze dotrzeć do obozu przed zmierzchem"
"Przed zmierzchem? Co ty mówisz? Jest dopiero po dziewiątej rano, zmierzch o ile się nie mylę to dziewiętnasta".
"Racja, ale mamy piętnaście kilometrów do zrobienia".
"Piętnaście i do tego w dół?! Chyba żartujesz!"
"Dziesieć minut i przestań gadać, tak ci szybciej czas minie".

Już wiem, z Nim się nie dyskutuje…….w pewnych kwestiach.

Ponownie Stella Point - w oka mgnieniu byliśmy na dole. Następnie jakaś godzinka i ……….

I nagle zaczynam się słaniać.
Nie jestem w stanie oddychać, stać…..funkcjonować w żaden sposób. Tylko mózg pracuje jako tako, na tyle dobrze, że mogę mu opisać całą sytuację. Moje całe ciało to jeden wielki ból, wszystko pali, każdy najmniejszy nawet mięsień zabija mnie od środka. Nie moge dotknąć sama siebie. Boli jak nigdy w życiu, wszystko i wszędzie.
Myślę, i czuję jak poszczególne części mózgu mi rozsadza, przełykam ślinę - boli gardło, twarz boli. Oddycham, wciągam powietrze, bolą nieunerwione płuca i serce. Paliczki, łydki, uda wszystko eksploduje!
Josh próbuje mi pomóc, nie pozwalam mu się dotknąć. Zwijam się w każdej możliwej płaszczyźnie.

"Idź, musimy stąd iść. Jak najszybciej"

Samej zabiera mi to zbyt wiele czasu, poza tym przeraźliwie chcę spać.
"Josh 10 - 15 minut snu, tylko tyle potrzebuję. Proszę!!!
"W żadnym wypadku."
Zapodaje mi jakąś pigułkę. Z Wiktorem chwytają mnie pod ręce, wbrew moim wrzaskom i ściągają w dół, najszybciej jak się da. Skowyczę! Przestraszeni, przepraszają za każdym razem.
Chłopaki to nie wy, to ja. Wy mi przeciez pomagacie!
Wloką mnie taką, po pewnym czasie już nie reagującą na nic, zobojetnialą na wszystko. Musimy tylko zatrzymywać się po oddech i rozmasować głowę,
bo pęka w szwach.
Chcę spać, horrendalnie chcę spać.
Droga wydłuża się niesamowicie, widzę stróżówkę z daleka, ale nie docieramy do niej przez nastepne dwie godziny.

Spać, spać, spać…….Boooli!!!

Nie moge jeść. Josh próbuje szantażu:
"Nie zjesz, nie dostaniesz tabletki."
Na nic. Zasypiam nad zupą.
Wlokę się do stróżówki i ….jak stoję, tak leżę.
Z oddali dochodzi do mnie: "Masz godzinę."
Dla mnie, tu i teraz to WIECZNOSC!!!
Josh, już Kochać Cię mogę. Bezwarunkowo. Za to tylko.

Budzi mnie, trzeba iść. Zostało nam jeszcze ponad dziewięć kilometrów.

Okazało się, że Australijczycy dotarli jakieś pół godziny po mnie i też skorzystali z łóżek strażników.

XXXXX

Czuję się "przespana". Wszystko dalej pali, biorę kolejne tabletki. Wbrew protestom Mojego Aniola Stroża zakładam plecak. Schodzimy, bez żadnej przerwy, prosto do namiotu.

Zostaję sama z Nim.
On opowiada…….

XXXXX

Długi, dwudziesto kilometrowy, ostatni odcinek.
Wstaje zmęczona, obolała.

XXXXX

Cudownie piękny spacer. Przyroda jest ODURZAJACA! Otwarte przestrzenie, rozległe ląki. Padam rozkoszując się miękkością trawy. Josh przychodzi,
prosi o aparat.

XXXXX

Ostatni obiad, tradycyjna wymiana adresów, lakoniczne: "będziemy w kontakcie".

XXXXX

Dzisiejszą, kolację przełożyliśmy na jutrzejszy obiad.

Podobno jeszcze nikt go tak nie przestraszył.

Właśnie doszło do mnie: po raz pierwszy od kilku dni ściągnęłam czapkę z głowy.

XXXXX

Ląduje na hotelowym łóżku……
Oglądałam zdjęcia. Jeszcze raz i jeszcze raz…..
Więc Jutro bedzie Ostatnie?
Ostatnie Jutro…….

XXXXX

Rano spotkałam Vijaya, ucieszył się bardzo na mój widok.
Pytał czy doszłam……
Po jakiejś godzinie zjawił się u mnie z upominkiem - strojem Massai. Jak wypocznę mam zejść do ogrodu.
Przyszedł jeszcze raz, przyniósł obiecaną butelkę szampana. Niewiarygodne.
Na kolacje chce przygotować coś specjalnego, zrobić mi niespodziankę.

Na kolację…….
Na kolacji już mnie tu nie będzie, Vijay.

XXXXX

Na obiedzie zjawili się wszyscy.
Jaki On inny. Jeszcze inny?!

Ciężko, bardzo ciężko stąd jechać…….
Tak mi tu było dobrze, tak bardzo dobrze.

Osiem godzin i znowu będę tam, w lepszym świecie.
W sumie to już jestem w jego namiastce – okropnym żelaznym pudle, w którym rozdają słuchawki. "Fish or chicken?"
O ironio!
KLM i wszyscy pieprzą po flamandzku!!!!
WYĆ!!!!!! mi się chce!

Każdy mnie omija, nikt nie chce widzieć nabrzmiałej twarzy, spuchniętych, czerwonych od płaczu oczu.
Nie chcę myśleć.
Nie chcę wracać.

XXXXX

Mówił do mnie przez tydzień: o antylopach, gepardach, o górach….o sobie.
Rozsmieszał do bólu brzucha.
Jego głos pchał mnie do góry…..
Jego silne ramie sciagnęło mnie w dól.
On nie dał mi zasnąć, zamknąć oczu na ścianie.
On przyszedł robić zdjęcia……….

Wiedziałam, że przyjdzie;
czekałam, że przyjdzie;
marzyłam, że przyjdzie……

ON, Moja Afryka.